Muniek

Nie jestem młodzieniaszkiem, nie będę się wygłupiał

2.jpgPrzychodzi taki czas, że każdy facet musi stanąć przed wyborem: kryzys wieku średniego albo druga młodość. Zygmunt Staszczyk wybrał to drugie i… postanowił jeszcze raz zadebiutować. Tym razem solo. Zebrał mocną ekipę, na czele z doskonale znanym wszystkim fanom T.Love gitarzystą i kompozytorem Jankiem Benedekiem i nagrał album zatytułowany po prostu „Muniek”. To 10 premierowych numerów, z czego połowa murowanych hitów. Sporo dobrej zabawy i dystansu do świata, zero kombinowania. Sama rockowa prawda o życiu.

Są tacy, co mówią, że lepiej się przyznać w towarzystwie do faszystowskich poglądów, niż do słuchania solowych płyt Micka Jaggera. Chyba nie chodzi wyłącznie o ich wartość artystyczną, bo nie wszystkie są złe, ale o to, że kiedy frontman znanej kapeli decyduje się na płytę solo, oczekiwania są ogromne. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Mam ogromną świadomość tego, że trudno być debiutantem po 28 latach grania. T.Love to moje dziecko, dzieło mojego życia. Przeżyliśmy różne momenty, ale cały czas ten pociąg toczy się swoim torem. Mam również świadomość tego, że wielcy rockandrollowcy zwykle przegrywali bitwy, na które szli ze swoimi solowymi projektami. Ale nie zrobiłem tej płyty z osobą przypadkową. Od dłuższego czasu myślałem o solówce i chciałem zrobić ją z kimś z kim muzycznie i osobiście wiele mnie łączy. W końcu pojawił się  Janek Benedek . Facet, który grał w T.Love na początku lat 90., z którym napisaliśmy takie piosenki jak „Warszawa”, „King” czy „Dzikość serca”. Parę lat temu wpadliśmy na pomysł, że nagramy razem płytę i Janek stwierdził, że powinno się to odbyć pod szyldem Muniek. Sam jednak jej nie zrobiłem, nasz wkład jest 50 na 50. Może nawet więcej w tym wszystkim Janka, bo to jest gość, który wie, jak napisać dla mnie piosenkę. On wymyślił całą muzykę i 80 procent linii wokalnych, on jest też producentem muzycznym całej płyty, a ja napisałem teksty. Włożyliśmy w to całe serducho, poświęciliśmy tej płycie dużą część naszego życia i zobaczymy, co teraz się stanie.

Macie jakieś oczekiwania? Plan minimum?

Nie wiem, co z tym dalej będzie. Jak to odbiorą ludzie? Czy na koncertach będzie tak samo, jak na koncertach T.Love? No nie wiem, ale w perwersyjny sposób mnie to fascynuje. A jeśli ludzie płyty nie kupią, albo nie przyjdą na koncert, to chyba deprecha mnie nie złapie i nie popełnię samobója. Długo w tym wszystkim siedzę i wiem, co robię.

 Ostatnie lata w T.Love to oficjalna biografia, płyta „Best of”, teraz solówka lidera – czyżby twój macierzysty zespół wybierał się na emeryturę?

No nie, z T.Love jesteśmy cały czas czynni. Zawsze jesienią robimy trasę klubową i właśnie jesteśmy po zakończonej trasie, zagraliśmy 20 koncertów w całej Polsce. Solówka nie oznacza końca T.Love. Przynajmniej przez jakiś czas te rzeczy będą się działy dwutorowo. Nigdy tego nie robiłem, ale myślę, że dam radę. To ciekawe wyzwanie. Wszystko da się zrobić, zresztą z T.Love też już powoli myślimy o nowej płycie, która ukaże się w 2011 roku. Bo oczywiście nie jesteśmy już tak aktywni, jak na początku działalności, kiedy byliśmy w stanie co roku wydawać nową płytę. Ale zespół, który jest 28 lat na scenie ma nieco inne podejście do siebie, niż początkująca kapela.

To może odwrócę to pytania: Czy twoja solowa płyta nie mogłaby się ukazać pod szyldem T.Love? Wystarczyło zrobić Jankowi miejsce w składzie…

Rozmawialiśmy o tym. Wielokrotnie. Ale historia z T.Love skończyła się dla niego w 1993 roku. Byliśmy dużo młodsi; ja w okolicach trzydziestki, on niewiele ponad 20 lat. Dochodziło do sprzeczek, czasami nawet bójek. To normalne w zespole rockandrollowym, nigdy nie byliśmy ministrantami. Jeśli komuś coś leżało na serduchu, nie krył tego, więc zdarzały się konflikty zakończone sparingiem. (śmiech) Rozstania bolą. Po odejściu Janka znalazłem się na rozdrożu, bo byliśmy spółką, która razem pisała piosenki i nagle faceta zabrakło. Między nami było więc raz chłodniej, raz cieplej, zawsze darzyłem go szacunkiem, ale przez te wszystkie lata uformował się i okrzepł inny skład. Nie jestem w tym zespole jakimś dyktatorem, nie jestem Stalinem, który powie: „Panowie, teraz ma grać Janek!” On już swoją ogromną rolę w T.Love odegrał, ale teraz są inni ludzie i też robią swoje. Na szczęście los tak to idealnie ułożył, że znowu na mojej drodze pojawił się Janek, świetny kompozytor i gitarzysta, z którym mogłem zrobić tę solówkę. Nie musiałem angażować autorów z łapanki, choć przecież mógłbym, bo wszystkich znam. Mógłbym pójść do Janka Borysewicza i poprosić o fajną balladę, potem do Wojtka Waglewskiego, Maćka Maleńczuka… ale to byłoby bez sensu. Dzięki Jankowi wszystko zostaje w rodzinie.

 Gdzie szukaliście natchnienia?

Inspirowaliśmy się muzą, która nas kręci od dzieciaka. Janek jest trochę młodszy ode mnie, ale wychowywaliśmy się na podobnych dźwiękach, na prawdziwym rock’n’rollu. Począwszy od Muddy Watersa, przez Chucka Berry’ego, Elvisa, The Rolling Stones i The Who, aż po The Clash. Wiadomo, rock nie zaczął się wczoraj. Są też na płycie elementy pop, nawet country. Zawsze lubiłem w muzyce szorstkość, czad i chuligaństwo, ale lubiłem też melodie. Mam 46 lat i wychowywałem się w latach 70., gdzie z jednej strony mieliśmy Black Sabbath, a potem The Clash i Boba Marleya, a z drugiej Abbę i Bee Gees. Nuta popu zawsze we mnie żyła. Dobra melodia nie jest zła. Chcieliśmy, żeby to była płyta dorosła, ale może w dzieciaka też uderzy, bo ludzie młodzi są teraz bardzo otwarci. Sam nie jestem już młodzieniaszkiem, nie będę się wygłupiał. Robię swoje.

 „Ring Dong” trudno nie skojarzyć ze Szwagierkolaską…

„Ring Dong” miał być kawałkiem o śmierci, który zahacza o Waitsa czy nawet o The Doors. Ale rzeczywiście, ze Szwagierkolaską mógłbym to zaśpiewać. Ale „Muniek” to nie żarty, ta płyta jest serio. Chociaż rzeczywiście „I Hate Rock’n’roll” T.Love jest bardziej ponure, tam jest wypruwanie flaczorów, a tu trochę luzu. Nawet nasz realizator, Leszek Kamiński, już na etapie demówek namawiał mnie: „Pobaw się trochę konwencją, pobaw się słowem” – i tak zrobiłem.

 Co trafiło na tę płytę? Numery, które nie pasowały do T.Love i lądowały na dnie szuflady?

Budowaliśmy wszystko od zera. Pracowaliśmy nad tą płytą dwa lata, oczywiście z przerwami na koncerty T.Love. Co nie było takie łatwe, bo T.Love jest zespołem, który jest ciągle w ruchu…  Tak czy owak, nie znajdziesz na mojej solówce żadnych odrzutów. Wszystkie teksty napisałem w 2009 roku, do melodii, które wcześniej skomponował Janek. Niecierpliwił się i w końcu złapał mnie za jaja i zmobilizował. Często nawet sam podsuwał mi tematy. „Napisz o tym, albo tamtym” – inspirował mnie. W przypadku „Tiny” powiedział mi na przykład: „Napisz coś o świętach, ale nie tak cukierkowo, tak inaczej, po twojemu”. Stworzyłem więc portret współczesnej kobiety-singla, niezwykle atrakcyjnej, pracującej w korporacji, ale przeraźliwie samotnej. Albo kawałek „Stary Boy”, też wynikający z naszych wspólnych rozmów – portret faceta z naszej generacji, po czterdziestce, który weekendowo wciąga brzuszek na parkiecie, żeby zaimponować młodym kobietom, choć interesuje go tylko seks. Taki obrazek w stylu disco-punk, z przymrużeniem oka. Dużo takich portretów jest na tej płycie. Na przykład „Kain i Abel”, oparty na Biblii, opowiadający historię dwóch braci, z których jeden jest dilerem kokainy, albo piosenka „Gan”, trochę w stylu Johnny’ego Casha, będąca kpiną z bardzo ostatnio popularnej poprawności politycznej. Są jeszcze dwa ciekawe duety – „Njutella Marcella” z Korą oraz „Dzieje grzechu” z Anią Marią Jopek, historia miłości, zdrady, rozstania i powrotu kochanków, pomiędzy którymi tli się jeszcze uczucie.

 W T.Love jesteś wkurzony i zgorzkniały, a tutaj więcej życzliwej melancholii, niż frustracji czy gniewu. Nawet ruskie szampany smakują. Czyżbyś pogodził się ze światem?

Fajne spostrzeżenie... Grasz w orkiestrze 28 lat. Ona jest dla ciebie wszystkim. Kochasz ją, czasami nienawidzisz, ale i tak jest to twoja najlepsza przyjaciółka i kochanka. I nagle nagrywasz solo. Tylko co to ma być? Jedni mówią, że powinieneś się bardziej odkryć. Inni, że powinieneś pokazać swoją alternatywną stronę. A my z Jankiem postanowiliśmy po prostu nagrać 10 dobrych piosenek, z tekstami, które są… Kto wie, może nawet bardziej dorosłe? W T.Love z nikim o tekstach nie gadam, bo tak jakoś się utarło, że ja piszę i nikt się nie wtrąca, a tu żeśmy z Jankiem całą płytę przegadali. Z Wiekiem nabrałem pokory i nauczyłem się słuchać ludzi.

 W tekstach T.Love starasz się pilnować dużego stopnia uogólnienia, mają być uniwersalne. Z kolei solo przyglądasz się ciekawym indywiduom. Ta płyta to właściwie galeria portretów.

Najwspanialsze w rockandrollowej piosence jest to, że możesz w prosty sposób opisać swoje emocje. Czy jesteś wkurwiony, czy kogoś nienawidzisz, czy kochasz… Nigdy nie byłem specjalnie umuzykalniony, ale wielu takich chłopaków jak ja założyło zespoły. Na tym polega siła rocka, że z prostoty robisz sztukę. I skoro to jest kreacja, możesz trochę nakłamać, ale najświetniejsze jest to, że kiedy skłamiesz zupełnie, ludzie od razu wyczują. Dopóki w piosence fikcja literacka ma na dnie prawdę, dopóty jest dobrze. Takie osoby jak Tina, Georgie Brown czy Stary Boy to jestem trochę ja, trochę ludzie, których znałem i trochę to, co mogę im dodać. Musi istnieć jakiś pierwowzór i w przypadku bohaterów moich tekstów jakieś 70 procent jest prawdy… Do tego trzeba dolać 30 procent słów, które się fajnie rymują, mają czysto dekoracyjny charakter.

 Z twojego solowego debiutu dowiadujemy się, że chłopaki jednak płaczą. Z jakiego powodu?

„Święty” to dla mnie bardzo ważna piosenka. Niewiele w niej słów, ale jest podsumowaniem tych wszystkich lat śpiewania w zespole rockandrollowym, a przez nawiązanie do tekstu „Chłopaki nie płaczą” pewnego rodzaju klamrą. Swoją drogą, nawet wtedy mówiłem wywiadach, że faceci też płaczą, to bardzo ludzki, zdrowy odruch. Nikogo to nie hańbi… „Święty” to wspomnienie dzieciństwa, metafizyczna podróż na moje osiedle w Częstochowie, gdzie wciąż mieszkają moi rodzice. Ta piosenka ma dla mnie posmak podwórka, wspólnego słuchania muzyki, imprez. Jest bardzo chłopacka… Niestety, na tym podwórku nie ma już nikogo. Wszyscy wyjechali, albo umarli. Mnie też tam już nie ma. Ale ten kawałek kosmosu jest gdzieś w nas wbity i pozostaje tęsknota. Nie wiadomo nawet za czym.

 Zaczęło się od ciebie i Benedeka, ale dzisiaj Muniek to już pełnoprawny zespół, prawda?

Na bębnach gra Ułan, sideman znany z wielu składów, ostatnio występujący głównie z Marysią Peszek i Anią Dąbrowską, wymiennie z Budzikiem, grającym na bębnach technicznym T.Love. Na basie Jacek Szafraniec, który grał m.in. w Szwagierkolasce. Na klawiszach Michał Marecki, czyli klawiszowiec T.Love, Janek oczywiście na gitarze i ja śpiewam. I to się nazywa Muniek.

 Skoro jest skład będą i koncerty…

Oczywiście. Płyta wychodzi 15 marca, więc wiosną zaczniemy koncertować. W związku z tym, że gram z Jankiem, oprócz materiału z „Muńka” zagramy też sporo starych piosenek, których nie gra obecny skład T.Love, na przykład „Dzikość serca”, „Stany” czy „Dirty Streets of London”. Mamy też w planach covery. Chcemy grać „Like a Rolling Stone” Dylana, ale w wersji bliższej The Rolling Stones, może coś Davida Bowiego, Iggy Popa czy Johnny’ego Casha. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.


Nauka języka za granicą
ATAS_220.gif

Przegląd uczelni
w Polsce
Polskie uczelnie w obrazach
miniatura
miniatura
miniatura